Mali tyrani

Każdy z Nas znajdzie w swoim życiu takie doświadczenia, kiedy ktoś z otoczenia wpływa na nas w taki sposób, że nie tylko niszczy Nasze życie ale doprowadza je czasem do totalnej ruiny wywołując lawinę bólu, smutku i łez. Często kończy się to ,,depresją,, lub innymi czynami, które mają Nas niby wyswobodzić z tego bólu i cierpienia.

Oczywiście jestem jedną z takich osób, która też przeszła i nadal gdzieś trafia na takie doświadczenia, które w jakiś sposób wpływają na mój proces myślowy.

Pięknie obrazuje to rozdział Carlosa Cascanedy –Mali Tyrani, który w niezmiernie ważny sposób otworzył mi drogę do lepszego pojęcia czym tak naprawdę są Ci ludzie na naszej drodze życiowej i jak powinniśmy podejść do przepracowania tego co Nas w życiu spotyka.

Ten fragment książki ,, wewnętrzny ogień,, poświęcam tym, którzy tak jak ja i wiele innych ludzi zmagają się w swoim życiu – z małym tyranem. Abyśmy po raz kolejny spojrzeli na to co Nas otacza w doświadczeniu z nowym obrazem sytuacji i nauczyli się być prawdziwymi wojownikami😀

– Chciałem sprowokować twoje poczucie własnej ważności – wyjaśnił, marszcząc czoło. –
Poczucie własnej ważności jest naszym największym wrogiem. Zastanów się tylko: to, że czujemy się
obrażeni przez uczynki naszych bliźnich, osłabia nas. Poczucie własnej ważności domaga się, byśmy 
spędzali większość życia obrażeni na kogoś. Nowi widzący uważali, iż wojownicy powinni dołożyć
wszelkich wysiłków, by wymazać poczucie własnej ważności ze swego życia. Postępowałem zgodnie
z ich zaleceniami. Na wiele sposobów starałem się przekonać cię, że jeśli nie mamy poczucia własnej
ważności, nie jesteśmy podatni na zranienie.

– Nie można zwalczyć poczucia własnej ważności miłymi słówkami –

– Poczucie własnej ważności nie jest prostym ani naiwnym problemem – wyjaśnił don Juan. – Z
jednej strony jest ono esencją wszystkiego, co w nas dobre, a z drugiej – wszystkiego, co najgorsze.
Aby się pozbyć tego, co przegniłe, konieczna jest mistrzowska strategia. Widzący przez wieki nauczyli
się cenić niezwykle wysoko tych, którym to się udało.
Poskarżyłem się, że choć pomysł wykorzenienia przekonania o własnej ważności chwilami bardzo
do mnie przemawia, w gruncie rzeczy pozostaje niezrozumiały; polecenia don Juana dotyczące tego,
jak się go pozbyć, wydawały mi się tak niejasne, że nie potrafiłem ich zastosować.
– Mówiłem ci wielokrotnie – odparł – że po to, by wstąpić na ścieżkę wiedzy, trzeba mieć wielką
wyobraźnię. Widzisz, na tej ścieżce nic nie jest tak jasne, jak byśmy sobie mogli życzyć.
Poczułem wewnętrzny opór i zacząłem się upierać, że jego zalecenia przypominają mi imperatywy
kościoła katolickiego. Przez całe życie powtarzano mi, jakim złem jest grzech, aż w końcu stałem się
cynikiem.
– Dla wojowników zwalczenie poczucia własnej ważności jest kwestią strategii, a nie zasad –
odrzekł. – Twój błąd polega na tym, że traktujesz to, co mówię, w kategoriach moralności.
– Uważam cię za bardzo moralnego człowieka, don Juanie – odrzekłem.
– Po prostu zauważyłeś moją nieskazitelność, to wszystko.
– Pojęcie nieskazitelności, podobnie jak pozbycie się przekonania o własnej ważności, jest dla
mnie zbyt niejasne, by mogło mieć jakąkolwiek wartość – upierałem się.
Don Juan zakrztusił się śmiechem. Poprosiłem, żeby mi wyjaśnił, na czym polega nieskazitelność.
– Nieskazitelność to nic innego jak właściwe wykorzystanie energii. Moje stwierdzenia nie mają nic
wspólnego z moralnością. Oszczędzałem energię i dlatego jestem nieskazitelny. Aby to zrozumieć,
sam musiałbyś zgromadzić dość energii.
Przez dłuższy czas siedzieliśmy w milczeniu. Chciałem przemyśleć to, co usłyszałem. Naraz don
Juan znów się odezwał.
– Wojownicy sporządzają sobie strategiczne inwentarze – powiedział. – Spisują wszystko, co robią,
a potem decydują, które z tych rzeczy można zmienić, by zmniejszyć ilość zużywanej energii.
Stwierdziłem, że taka lista musiałaby zawierać wszystkie czynności, jakie tylko istnieją. Don Juan
odrzekł cierpliwie, że strategiczny inwentarz, o jakim mówi, zawiera tylko wzorce zachowania, które
nie są konieczne do naszego przetrwania i dobrego samopoczucia.
Natychmiast przyczepiłem się do tego, że przetrwanie i dobre samopoczucie to kategorie, które można interpretować na nieskończenie wiele sposobów, gdyż nie sposób wypracować jednolitej
definicji określającej, co jest albo nie jest niezbędne do dobrego samopoczucia i przetrwania.
Mówiąc to czułem, że tracę rozpęd. W końcu uzmysłowiłem sobie jałowość własnych argumentów i
urwałem. Wówczas don Juan stwierdził, iż na strategicznej liście wojownika poczucie własnej
ważności jest pozycją, która pochłania najwięcej energii, i dlatego wojownicy dokładają tylu starań, by
je wykorzenić.
– Jedną z największych trosk wojownika jest uwolnienie tej energii, by móc ją wykorzystać do
stawienia czoła nieznanemu – ciągnął don Juan. – Zwrócenie tej energii w nowym kierunku to właśnie
nieskazitelność.
Powiedział, że najbardziej efektywną strategię wypracowali widzący z czasów konkwisty,
niekwestionowani mistrzowie skradania się. Składa się ona z sześciu powiązanych ze sobą
elementów. Pięć z nich nazywa się atrybutami wojownika. Są to: kontrola, dyscyplina, wytrwałość,
wyczucie odpowiedniego czasu i wola. Dotyczą one świata wojownika, który wciąż zmaga się z
poczuciem własnej ważności. Szósty element, chyba najważniejszy ze wszystkich, należy do świata
zewnętrznego: jest to mały tyran.
Spojrzał na mnie pytająco, sprawdzając, czy zrozumiałem.
– Zupełnie nie pojmuję – stwierdziłem. – Powtarzasz przez cały czas, że la Gorda odgrywa rolę
małego tyrana w moim życiu. Kto to jest mały tyran?
– Mały tyran to prześladowca – odrzekł. – Ktoś, kto ma władzę nad życiem i śmiercią wojownika
albo po prostu irytuje go niezmiernie.
Na twarzy don Juana pojawił się promienny uśmiech. Powiedział, że nowi widzący opracowali
własną klasyfikację małych tyranów; choć to pojęcie dotyczy jednego z ich najpoważniejszych i
najważniejszych odkryć, nowi widzący traktowali je z humorem. Don Juan zapewnił, że wszystkie
klasyfikacje nowych widzących zabarwione są odrobiną złośliwego humoru, humor jest bowiem jedyną
metodą przeciwstawienia się odczuwanemu przez ludzką świadomość przymusowi sporządzania list i
nużących klasyfikacji.
Nowi widzący, zgodnie ze swą praktyką, uznali za stosowne postawić na samym szczycie
hierarchii pierwotne źródło energii, jedynego władcę kosmosu, i nazwali je po prostu tyranem.
Wszyscy inni despoci i postacie obdarzone władzą znajdują się, rzecz jasna, o wiele niżej w
klasyfikacji i nie zasługują na miano tyranów. W porównaniu ze źródłem wszechrzeczy nawet
najbardziej przerażający tyrani ludzcy są tylko klownami; dlatego też nazwano ich małymi tyranami,
pinches tiranos.
Istnieją dwie grupy małych tyranów. Pierwsza składa się z tych, którzy prześladują nas i ściągają
na nas nieszczęścia, ale nie powodują niczyjej śmierci. Nazywa się ich drobnymi małymi tyranami,
pinches tiranitos. Druga grupa to ci, którzy tylko doprowadzają nas do rozpaczy i śmiertelnie irytują.
Tych nazywa się tyranami – płotkami, repinches tiranitos, albo kapryśnymi tyranikami, pinches
tiranitos chiguititos.
Uznałem tę klasyfikację za niedorzeczną. Byłem pewien, że don Juan wymyślał hiszpańskie nazwy
od ręki. Zapytałem go o to.
– Absolutnie nie – odrzekł z rozbawieniem na twarzy. – Nowi widzący tworzyli znakomite
klasyfikacje. Niewątpliwie jednym z najlepszych jest Genaro; gdybyś uważnie go obserwował, to
zrozumiałbyś, co nowi widzący myślą o swoich klasyfikacjach.
Zapytałem, czy mnie nie nabiera. Zaśmiał się donośnie na widok mojego zmieszania.
– Nawet by mi to nie przyszło do głowy. Genaro mógłby tak zrobić, ale nie ja, szczególnie że wiem,
jak poważnie traktujesz wszelkie klasyfikacje. Rzecz w tym, że nowi widzący traktowali wszystko bez
śladu szacunku.
Dodał, że drobni mali tyrani dzielą się dalej na cztery klasy. Jedna stosuje przemoc i brutalność.
Następna wprowadza wielki niepokój przez obłudny, pokrętny sposób postępowania. Trzecia męczy
smutkiem. A ostatnia wprawia wojowników we wściekłość.
– La Gorda jest klasą sama dla siebie – dodał. – To mała płotka w akcji. Potrafi cię zirytować i
rozwścieczyć jak nikt inny. Potrafi cię nawet uderzyć. Przez to wszystko uczy cię zachowywać
dystans.
– To niemożliwe! – zaprotestowałem.

– Jeszcze nie poskładałeś w całość wszystkich fragmentów strategii nowych widzących – odparł. –
Gdy już to zrobisz, zrozumiesz, jak skuteczną i sprytną metodą jest wykorzystanie małego tyrana.
Mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że ta strategia nie tylko pozbawia wojownika poczucia
własnej ważności, ale też przygotowuje go do zrozumienia, że jedyne, co liczy się na ścieżce wiedzy,
to nieskazitelność.
Powiedział, że nowym widzącym chodziło o ostateczny manewr, w którym mały tyran pełni rolę
górskiego szczytu. Poszczególne atrybuty wojownika przypominają alpinistów, którzy spotykają się na
górze.
– Zwykle wykorzystuje się przy tym tylko cztery atrybuty – ciągnął. – Piąty, wola, zawsze
zachowywany jest na ostateczną konfrontację, gdy wojownik staje przed plutonem egzekucyjnym, jeśli
mogę się tak wyrazić.
– A dlaczego robi się to w ten sposób?
– Bo wola należy do innego obszaru, do sfery nieznanego. Pozostałe cztery atrybuty odnoszą się
do tego, co znane, czyli do obszaru, w którym działają mali tyrani. W gruncie rzeczy właśnie obsesja
manipulowania tym, co znane, sprawia, że ludzie stają się małymi tyranami.
Don Juan wyjaśnił, że tylko widzący, którzy są jednocześnie nieskazitelnymi wojownikami i po
mistrzowsku opanowali wolę, potrafią wykorzystywać wszystkie pięć atrybutów. Jednoczesne ich
użycie jest mistrzowskim manewrem, którego nie da się wykonać na etapie zwykłych ludzkich działań.
– Cztery pierwsze atrybuty w zupełności wystarczą, by poradzić sobie nawet z najgorszym małym
tyranem – mówił. – Oczywiście pod warunkiem, że się takiego znajdzie. Jak już wspominałem, mały
tyran jest zewnętrznym elementem, który pozostaje poza naszą kontrolą i być może jest to właśnie
najważniejszy element ze wszystkich. Mój dobroczyńca mawiał, że wojownik, który natrafi na małego
tyrana, jest szczęściarzem. Chciał przez to powiedzieć, że dobry los wprowadza małego tyrana na
naszą ścieżkę, bo jeśli tak się nie stanie, to trzeba samemu jakiegoś poszukać.
Powiedział, że jednym z największych osiągnięć widzących z czasów konkwisty było odkrycie
schematu, który nazwał trójstopniową progresją. Dzięki zrozumieniu natury człowieka doszli oni do
niepodważalnego wniosku, że jeśli widzący nie ugnie się w konfrontacji z małym tyranem, to na pewno
uda mu się bezkarnie stanąć twarzą w twarz z nieznanym, a wówczas będzie potrafił znieść nawet
obecność niepoznawalnego.
– Przeciętny człowiek będzie uważał, że kolejność tego zdania powinna zostać odwrócona –
ciągnął don Juan. – Widzący, który nie ustępuje przed nieznanym, z pewnością poradzi sobie także z
małym tyranem. Ale tak nie jest. Właśnie to założenie zniszczyło niezwykłą wiedzę starożytnych
widzących. Teraz już jesteśmy mądrzejsi. Wiemy, że nic nie utemperuje ducha wojownika lepiej niż
konieczność zadawania się z niemożliwymi do zniesienia ludźmi obdarzonymi władzą. Tylko w takich
warunkach wojownik potrafi wykształcić w sobie trzeźwość umysłu i spokój wewnętrzny, które pozwolą
mu znieść napór nieznanego.
Zacząłem gwałtownie protestować. Powiedziałem, że moim zdaniem tyrani mogą wzbudzić w
swoich ofiarach jedynie poczucie bezradności albo brutalność równą ich własnej. Wspomniałem o tym,
że przeprowadzano niezliczone eksperymenty, których celem było zbadanie wpływu fizycznych i
psychicznych tortur na psychikę ofiar.
– Sam powiedziałeś, na czym polega różnica – odparował don Juan. – Chodzi o ofiary, nie o
wojowników. Kiedyś myślałem tak jak ty. Powiem ci, dlaczego zmieniłem zdanie, ale najpierw wróćmy
do tego, co mówiłem o czasach konkwisty. Widzący z tego okresu nie mogliby sobie wymarzyć
lepszych warunków. Hiszpanie byli małymi tyranami, przy których widzący musieli wykorzystywać
wszystkie swe umiejętności; po przejściach z konkwistadorami byli w stanie poradzić sobie absolutnie
ze wszystkim. Mieli masę szczęścia. W tamtych czasach małych tyranów spotykało się co krok. Ale te
wspaniałe lata obfitości minęły i wszystko się zmieniło. Mali tyrani już nigdy nie osiągnęli takiego
znaczenia; tylko wówczas mieli nieograniczoną władzę. Mały tyran, który ma nieograniczoną władzę,
jest niezastąpionym elementem w szkoleniu mistrza widzenia. Niestety, w naszych czasach większość
widzących musi się bardzo starać, by znaleźć godnego tyrana. Większość z nich musi się zadowolić
małą płotką.
– A czy ty znalazłeś małego tyrana, don Juanie?
– Miałem szczęście. To mnie odnalazł wielki mały tyran. Wtedy jednak czułem się tak jak ty teraz:
nie potrafiłem uważać się za szczęściarza.
Don Juan powiedział, że jego przejścia zaczęły się na kilka tygodni przed pierwszym spotkaniem z

dobroczyńcą. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia lat i dostał pracę jako robotnik w cukrowni. Zawsze był
bardzo silny, toteż nie miał kłopotu ze znalezieniem pracy fizycznej. Pewnego dnia, gdy przesuwał
ciężkie worki z cukrem, podeszła do niego jakaś kobieta po pięćdziesiątce. Była bardzo dobrze
ubrana, wyglądała na zamożną i odznaczała się dominującym sposobem bycia. Przyjrzała się don
Juanowi, powiedziała coś do brygadzisty i odeszła. Następnie brygadzista podszedł do don Juana i
zaproponował, że za pewną opłatą zarekomenduje go do pracy w domu właściciela cukrowni. Don
Juan jednak nie miał pieniędzy. Brygadzista z uśmiechem odrzekł, że to nie jest powód do
zmartwienia, bo będzie miał ich dużo w dniu wypłaty. Poklepał don Juana po plecach i zapewnił, że
praca dla szefa jest wielkim zaszczytem.
Don Juan był wtedy prostym, niewykształconym Indianinem, żył z dnia na dzień i nie tylko uwierzył
w każde słowo brygadzisty, ale wręcz uznał, że jest to cud zesłany przez dobrą wróżkę. Obiecał, że
zapłaci tyle, ile brygadzista zażąda, ten zaś wymienił dużą sumę, która miała być spłacona w ratach.
Zaraz potem sam zaprowadził don Juana do domu położonego dość daleko za miastem i zostawił
go tam z innym brygadzistą, wielkim, brzydkim i ponurym mężczyzną, który zadawał mnóstwo pytań.
Wypytywał o rodzinę don Juana, a gdy ten odpowiedział, że nie ma żadnej, mężczyzna uśmiechnął
się z zadowoleniem, pokazując zepsute zęby.
Obiecał, że don Juan dostanie dobrą pensję i będzie mógł nawet odłożyć trochę pieniędzy. Nie
będzie miał żadnych wydatków, ponieważ ma zapewniony nocleg i wyżywienie.
Śmiech tego człowieka był przerażający. Don Juan poczuł, że musi natychmiast uciekać. Rzucił się
pędem do bramy, ale mężczyzna zastąpił mu drogę. W ręku trzymał rewolwer. Pochylił się i wbił lufę w
brzuch don Juana.
– Jesteś tu po to, żeby zaharować się na śmierć – oznajmił. – I pamiętaj o tym.
Szturchając don Juana kijem, postawił go przed boczną ścianą domu i oznajmił, że jego ludzie
pracują codziennie od świtu do nocy bez żadnej przerwy. Następnie kazał mu wykopać dwa olbrzymie
karcze drzew. Dodał jeszcze, że gdyby don Juan próbował uciekać albo powiadomić władze, zastrzeli
go, a gdyby ucieczka jednak się powiodła, przysięgnie w sądzie, że don Juan próbował zamordować
szefa.
– Będziesz tu pracował do śmierci – powiedział. – A potem inny Indianin zajmie twoje miejsce,
podobnie jak ty sam zajmujesz miejsce zmarłego Indianina.
Don Juan opowiadał, że dom przypominał fortecę. Wszędzie pełno było uzbrojonych ludzi z
maczetami. Zajął się więc pracą i próbował nie myśleć o swoim losie. Pod wieczór mężczyzna wrócił i
kopniakami, bo nie podobał mu się wyzywający wyraz oczu don Juana, doprowadził go do kuchni.
Zagroził, że jeśli don Juan nie będzie mu posłuszny, podetnie mu ścięgna ramion.
W kuchni stara kobieta podała mu jedzenie. Don Juan był tak zdenerwowany i przestraszony, że
nie mógł jeść, ale kobieta poradziła, żeby jadł, ile tylko może. Musi być silny, powiedziała, bo jego
praca nie będzie miała końca. Przestrzegła go przed losem jego poprzednika, który zmarł zaledwie o
dzień wcześniej. Był zbyt słaby, by pracować, i wypadł z okna na pierwszym piętrze.
Don Juan pracował w domu szefa przez trzy tygodnie, a brygadzista przez cały ten czas znęcał się
nad nim, nie dając mu chwili wytchnienia. Zmuszał go do wykonywania wszystkich najcięższych i
najbardziej niebezpiecznych prac, grożąc nożem, pistoletem albo pałką. Codziennie wysyłał go do
czyszczenia stajni, w których stały zdenerwowane ogiery. Każdego ranka don Juan był przekonany,
że to już jego ostatni dzień na tym świecie. A przetrwanie oznaczało tylko tyle, że następnego dnia
znów będzie musiał przechodzić to samo piekło.
W końcu don Juan poprosił o wolne pod pretekstem, że musi pojechać do miasta, by zapłacić
brygadziście z cukrowni pieniądze, które był mu winien. Tutejszy brygadzista odrzekł jednak, że don
Juan nie może przerwać pracy nawet na chwilę, bo jest po uszy w długach już tylko dlatego, że praca
w tym domu jest przywilejem.
Don Juan uświadomił sobie, że znalazł się w beznadziejnym położeniu. Zrozumiał, o co w tym
wszystkim chodziło. Obydwaj brygadziści byli w zmowie. Zabierali prostych indiańskich robotników z
cukrowni, doprowadzali ich do śmierci pracą ponad siły i dzielili się ich zarobkami. Gdy to wszystko do
niego dotarło, wpadł w taką złość, że z krzykiem przebiegł przez kuchnię i wpadł do domu, wprawiając
w osłupienie brygadzistę i pozostałych robotników. Don Juan wybiegł z domu przez frontowe drzwi i
prawie udało mu się uciec, ale brygadzista dogonił go na drodze, postrzelił w pierś i zostawił rannego,
by tam umarł.
Śmierć jednak nie była przeznaczona don Juanowi; jego dobroczyńca znalazł go na drodze i

pielęgnował aż do wyzdrowienia.
– Gdy opowiedziałem całą historię dobroczyńcy – mówił don Juan – ten nie potrafił pohamować
podniecenia. Powiedział, że taki brygadzista to skarb, którego nie wolno zmarnować i że kiedyś będę
musiał wrócić do tego domu. Jego zdaniem miałem niesłychane szczęście, bo znalazłem jednego na
milion małego tyrana obdarzonego niemal nieograniczoną władzą. Uznałem, że staruszek zwariował.
Dopiero po latach zrozumiałem do końca, o co mu chodziło.
– To jedna z najokropniejszych historii, jakie kiedykolwiek słyszałem – stwierdziłem. – Czy
naprawdę wróciłeś do tego domu?
– Oczywiście, że tak, w trzy lata później. Mój dobroczyńca miał rację. Taki mały tyran zdarza się
raz na milion i nie mogłem stracić okazji.
– A jak ci się udało tam wrócić?
– Dobroczyńca opracował strategię wykorzystującą cztery atrybuty wojownika: kontrolę,
dyscyplinę, wytrwałość i odpowiednie wyczucie czasu.
Dobroczyńca wyjaśnił don Juanowi, jak ma wykorzystać kontakt z tym człowiekiem-bestią. Przy tej
okazji zapoznał go także z czterema pierwszymi krokami na drodze wiedzy. Pierwszy krok to decyzja
o rozpoczęciu nauki. Gdy już uczniowie zmienią swoją wizję siebie i świata, mogą uczynić drugi krok i
stać się wojownikami, to znaczy ludźmi zdolnymi do niezrównanej dyscypliny i samokontroli. Gdy
wojownik posiądzie już wytrwałość i wyczucie odpowiedniego czasu, może uczynić trzeci krok, to
znaczy stać się człowiekiem wiedzy. Z kolei człowiek wiedzy, który nauczy się widzieć, czyni czwarty
krok i staje się widzącym.
Dobroczyńca uznał, że don Juan znajduje się na ścieżce wiedzy już wystarczająco długo, by
opanować co najmniej dwa pierwsze atrybuty: kontrolę i dyscyplinę. Don Juan podkreślił, że obydwa
te atrybuty odnoszą się do stanu ducha. Wojownik jest skupiony na sobie, nie w egoistyczny sposób,
lecz przez to, że dogłębnie i nieustannie bada własne wnętrze.
– Wówczas nie mogłem jeszcze posiąść dwóch pozostałych atrybutów – ciągnął don Juan. –
Wytrwałość i wyczucie czasu nie są wyłącznie wewnętrznymi stanami. Są one domeną człowieka
wiedzy. Dobroczyńca zademonstrował mi je przez swoją strategię.
– Czy to znaczy, że sam nie potrafiłbyś stawić czoła małemu tyranowi? – zapytałem.
– Jestem pewien, że dałbym sobie radę, chociaż zawsze miałem wątpliwości, czy potrafiłbym to
uczynić z talentem i radością. Mojemu dobroczyńcy sterowanie sytuacją sprawiało radość.
Korzystanie z małego tyrana powinno nie tylko służyć udoskonaleniu ducha wojownika, ale też dawać
radość i szczęście.
– W jaki sposób potwór, jakiego opisałeś, mógłby stać się źródłem radości dla kogokolwiek?
– On nawet się nie umywał do prawdziwych potworów, które napotkali nowi widzący w czasie
konkwisty. Wszystko wskazuje na to, że kontakty z nimi sprawiały tym widzącym nieziemską radość.
Udowodnili oni, że nawet najgorsi tyrani mogą stać się źródłem szczęścia, oczywiście pod warunkiem,
że człowiek jest wojownikiem.
Don Juan wyjaśnił, że błąd popełniany przez przeciętnych ludzi w konfrontacji z małymi tyranami
polega na tym, iż nie mają oni strategii, na której mogliby się oprzeć; śmiertelnym błędem jest to, że
przeciętni ludzie traktują siebie zbyt poważnie; własne działania i uczucia, a także uczynki małych
tyranów, wydają im się najważniejsze na świecie. W przeciwieństwie do nich, wojownicy mają dobrze
przemyślaną strategię i są wolni od poczucia własnej ważności. Zrozumieli już, iż rzeczywistość jest
tylko naszą interpretacją, i to pomogło im ograniczyć poczucie własnej ważności. Właśnie ta wiedza
dawała nowym widzącym zdecydowaną przewagę nad prostodusznymi Hiszpanami.
Gdy don Juan uświadomił sobie, że mali tyrani traktują siebie śmiertelnie poważnie, a wojownicy –
nie, był już pewien, że uda mu się pokonać brygadzistę.
Zgodnie ze strategicznym planem dobroczyńcy postarał się o pracę w tej samej cukrowni co
poprzednio. Nikt już nie pamiętał, że pracował tam w przeszłości; ubodzy wieśniacy przychodzili do
cukrowni i znikali z niej bez śladu. Strategia zakładała, że don Juan okaże gorliwość do pracy, jeśli
ktokolwiek pojawi się szukając następnej ofiary. Okazało się, że do cukrowni przyszła ta sama kobieta,
co przed laty. Także i tym razem zwróciła uwagę na don Juana. Teraz był on jeszcze silniejszy
fizycznie.
Wszystko odbyło się według tego samego schematu. Strategia wymagała jednak, by don Juan

odmówił brygadziście zapłaty za pośrednictwo. Mężczyzna, któremu nigdy nikt się nie przeciwstawił,
był zdumiony i zagroził, że zwolni don Juana z pracy. Don Juan odpowiedział mu groźbą. Rzekł, że
pójdzie prosto do domu tej kobiety i spotka się z nią. Wiedział, że kobieta, która była żoną właściciela
cukrowni, nie miała pojęcia o praktykach brygadzistów. Powiedział brygadziście, że wie, gdzie ona
mieszka, bo pracował na otaczających dom polach przy ścinaniu trzciny cukrowej. Mężczyzna zaczął
się targować. Don Juan zażądał od niego pieniędzy za zgodę na pracę w domu właścicielki.
Brygadzista poddał się i wręczył mu kilka banknotów. Don Juan doskonale zdawał sobie sprawę, że
zgoda brygadzisty była tylko wybiegiem, który miał go ściągnąć do domu.
– Tym razem także sam mnie tam zaprowadził – opowiadał don Juan. – Była to stara hacjenda.
Mieszkali w niej właściciele cukrowni – bogacze, którzy albo wiedzieli, co się dzieje pod ich dachem,
ale nic ich to nie obchodziło, albo byli zbyt zobojętniali, by cokolwiek zauważyć. Ledwie dotarliśmy na
miejsce, wbiegłem do domu, by poszukać właścicielki. Znalazłem ją, padłem na kolana i w podzięce
ucałowałem jej dłoń. Obydwaj brygadziści byli wściekli.
– Brygadzista w domostwie zachowywał się tak, jak poprzednio. Ale teraz już byłem odpowiednio
wyposażony, by sobie z nim poradzić; miałem kontrolę, dyscyplinę, wytrwałość i wyczucie właściwej
chwili. Wszystko poszło zgodnie z planem dobroczyńcy. Dzięki samokontroli potrafiłem spełnić nawet
najbardziej idiotyczne żądania brygadzisty. W takich sytuacjach przede wszystkim wyczerpuje nas
lekceważenie naszego poczucia własnej wartości. Każdy człowiek, który ma w sobie choć odrobinę
dumy, czuje się rozdarty wewnętrznie, gdy ktoś mu udowadnia jego bezwartościowość.
– Wykonywałem wszystkie polecenia z przyjemnością. Byłem radosny i silny. Nic mnie nie
obchodziła duma ani strach. Zachowywałem nieskazitelność wojownika. Odpowiednie nastrojenie
ducha, gdy ktoś po tobie depcze, to właśnie kontrola.
Don Juan wyjaśnił, że strategia dobroczyńcy wymagała, by zamiast użalać się nad sobą, jak czynił
to wcześniej, natychmiast wziął się do roboty i poznał wszystkie mocne punkty, słabości i dziwactwa
brygadzisty.
Okazało się, że największą jego siłą była gwałtowna natura i śmiałość. Postrzelił don Juana w biały
dzień, na oczach tłumu ludzi. Jego wielką słabością było to, że lubił swoją pracę i nie chciał narażać
się na ryzyko jej utraty. W żadnym wypadku nie poważyłby się zabić don Juana w biały dzień w
obrębie domostwa. Innym słabym punktem była jego rodzina. Miał żonę i dzieci, które mieszkały w
chacie w pobliżu hacjendy.
– Zbieranie takich informacji, gdy ktoś cię bije, to dyscyplina – wyjaśnił don Juan. – Ten człowiek
był prawdziwym wrogiem. Nie zasługiwał na miłosierdzie. Według nowych widzących idealny mały
tyran nie ma żadnej cechy, która mogłaby odkupić jego winy.
Don Juan stwierdził, że strategia dobroczyńcy prowadziła do opanowania dwóch pozostałych cech
wojownika, których wcześniej nie posiadał: wytrwałości oraz wyczucia odpowiedniej chwili. Wytrwałość
polega na cierpliwym czekaniu bez pośpiechu i niepokoju – na prostym, radosnym wstrzymywaniu
odwetu.
– Codziennie musiałem się płaszczyć – ciągnął don Juan – i czasami płakałem pod biczem
brygadzisty. A jednak byłem szczęśliwy. Strategia dobroczyńcy pomogła mi żyć z dnia na dzień, nie
czując nienawiści do tego człowieka. Byłem wojownikiem. Wiedziałem, że czekam, i wiedziałem, na co
czekam. W tym właśnie leży wielka radość bycia wojownikiem.
Plan dobroczyńcy wymagał, by don Juan systematycznie dręczył swego prześladowcę uciekając
się pod opiekę wyższej instancji; podobnie widzący nowego cyklu w czasach konkwisty chronili się za
tarczą kościoła katolickiego. Czasami zwykły ksiądz był potężniejszy od magnata.
Tarczą don Juana była kobieta, która dała mu pracę. Za każdym razem, gdy ją widział, klękał przed
nią i nazywał ją świętą. Błagał, by dała mu medalik z wizerunkiem swojej patronki, do której mógłby się
modlić o jej zdrowie i pomyślność.
– Dostałem medalik – ciągnął – i to wprawiło brygadzistę we wściekłość. A gdy udało mi się
przekonać wszystkich służących do wieczornej modlitwy, niewiele brakowało, żeby dostał apopleksji.
Chyba właśnie wtedy postanowił mnie zabić. Nie mógł pozwolić mi dalej działać. Ja zaś
zorganizowałem wówczas wspólne odmawianie różańca przez wszystkich służących w domu.
Właścicielka uznała mnie za niezwykle pobożnego człowieka. Od tamtej pory nie spałem spokojnie ani
nie spędzałem nocy we własnym łóżku. Każdego wieczoru wchodziłem na dach. Dwukrotnie
zauważyłem stamtąd brygadzistę, który szukał mnie w środku nocy z morderczym wyrazem twarzy.
– Codziennie wysyłał mnie do stajni. Miał nadzieję, że ogiery stratują mnie na śmierć, ja jednak

oparłem o ścianę w kącie kilka ciężkich desek i chroniłem się za nimi. On o tym nie wiedział, bo od
zapachu koni dostawał torsji – była to jeszcze jedna z jego słabości, najbardziej zabójcza, jak się
miało okazać.
Don Juan powiedział, że wyczucie czasu steruje wyzwoleniem wszystkiego, co wcześniej było
wstrzymywane. Kontrola, dyscyplina i wytrwałość stanowią tamę, za którą wszystko się gromadzi, a
wyczucie odpowiedniej chwili jest śluzą w tej tamie.
Jedyną bronią brygadzisty była agresja, którą terroryzował robotników. Gdy zneutralizowało się
jego agresję, stawał się niemal zupełnie bezradny. Don Juan wiedział, że brygadzista nie odważy się
go zabić w obrębie domostwa, więc pewnego dnia obraził go w obecności innych robotników i w
zasięgu wzroku właścicielki. Nazwał brygadzistę tchórzem, który śmiertelnie obawia się żony swego
pana.
Plan dobroczyńcy wymagał, by don Juan poczekał na taką właśnie chwilę i wykorzystał ją do
odwrócenia sytuacji. Niespodziewane rzeczy zawsze zdarzają się w taki sposób. Najniższy z
niewolników zaczyna wykpiwać tyrana, ośmiesza go w obecności ważnych osób, szydzi z niego, a
potem ucieka, nie zostawiając tyranowi czasu na zemstę.
– Brygadzista oszalał z wściekłości, ale ja już pokornie klęczałem przed właścicielką. – opowiadał
don Juan.
Gdy kobieta weszła do domu, brygadzista i jego przyjaciele zawołali don Juana na tyły domu,
rzekomo do pracy. Brygadzista był blady z gniewu. Don Juan odczytał jego zamiary z tonu głosu. Udał
posłuszeństwo, ale zamiast pójść za dom, pobiegł do stajni. Miał nadzieję, ze konie narobią hałasu i
właściciele przyjdą sprawdzić, co się dzieje. Wiedział, ze brygadzista nie ośmieli się go zastrzelić, bo
wystrzał byłby zbyt głośny, a on za bardzo się bał utraty pracy. Don Juan wiedział też, ze brygadzista
nie wejdzie do pomieszczenia, w którym znajdują się konie, chyba, ze zostanie sprowokowany ponad
wszelką wytrzymałość.
– Wskoczyłem do zagrody najdzikszego ogiera, a mały tyran, oszalały z furii, wyciągnął nóź i rzucił
się za mną. Natychmiast schowałem się za swoją ochroną z desek. Koń kopnął go raz i było po
wszystkim.
– Spędziłem w tym domu sześć miesięcy i przez ten czas wyćwiczyłem się w czterech atrybutach
wojownika. Dzięki nim odniosłem sukces. Ani razu nie użalałem się nad sobą i nie łkałem z
bezsilności. Byłem radosny i spokojny. Miałem znakomitą samokontrolę i dyscyplinę i na własnej
skórze przekonałem się, jaką przewagę daje nieskazitelnemu wojownikowi wytrwałość oraz wyczucie
odpowiedniej chwili. I ani przez moment nie życzyłem temu człowiekowi śmierci.
– Dobroczyńca powiedział mi coś bardzo interesującego. Wytrwałość to wstrzymywanie siłą ducha
zapłaty, o której wojownik wie, ze słusznie się komuś należy. Nie znaczy to, ze wojownik przez cały
czas knuje intrygi wymierzone w innych albo myśli o tym, jak wyrównać przeszłe rachunki. Wytrwałość
jest zupełnie niezależną cechą. Jeśli wojownik posiada kontrolę, dyscyplinę i wyczucie chwili,
wytrwałość jest gwarancją, ze odda to, co należne, temu, kto na to zasłużył.
– Czy zdarza się, ze mali tyrani zwyciężają w konfrontacji z wojownikiem i niszczą go? –
zapytałem.
– Oczywiście. Był taki okres, na początku konkwisty, gdy szeregi wojowników zostały
zdziesiątkowane. Ginęli jak muchy. Mali tyrani mogli skazać na śmierć kogo tylko chcieli, wyłącznie dla
kaprysu. Ta presja posłużyła znacznemu wyrafinowaniu sztuki widzących.
Don Juan powiedział, ze w tych czasach widzący, którzy przeżyli, musieli wytężyć całą swą moc,
by znaleźć nowe metody działania.
– Nowi widzący wykorzystali małych tyranów. – mówił don Juan, wpatrując się we mnie
nieruchomo. – nie tylko po to, by pozbyć się poczucia własnej ważności, ale też po to, by dokonać
niezmiernie wyrafinowanego manewru prowadzącego do zniknięcia z tego świata. Zrozumiesz to
później, gdy dowiesz się więcej o opanowaniu świadomości.
Powiedziałem, ze najbardziej interesuje mnie to, czy obecnie, w naszych czasach, mali tyrani,
jakich on nazywał drobnymi płotkami, mogą pokonać wojownika.
– Zawsze może się tak zdarzyć. – odrzekł. – Tylko ze nie pociąga to za sobą tak dramatycznych
konsekwencji jak kiedyś. Teraz wojownik zawsze może odzyskać siły albo wycofać się i wrócić
później. Ale jest jeszcze inny aspekt tego problemu. Porażka z rąk drobnej płotki nie jest śmiertelna,
lecz druzgocąca. Symbolicznie jednak stopień śmiertelności jest tu równie wysoki. Chcę przez to

powiedzieć, ze wojowników, którzy ugną się przed drobną płotką, niszczy ich własne poczucie porażki
i bez wartościowości. Dla mnie jest to równoznaczne z wysoką śmiertelnością.
– A po czym poznaje się porażkę?
– Każdy, kto przyłączy się do małego tyrana, ponosi porażkę. Działanie w gniewie, bez kontroli i
dyscypliny, brak wytrwałości, to porażka.
– Co się dzieje z wojownikiem, który poniósł porażkę?
– Albo na nowo zbiera siły, albo rezygnuje z poszukiwania wiedzy i na resztę życia dołącza do
szeregów małych tyranów.